Przepraszam was za przerwę. Trwało troszkę dłużej, ale musiałem na poważnie pomyśleć o blogu i doszedłem w końcu do wniosku, że, pomimo moich pierwotnych słów skierowanych do niektórych osób, nie będę opisywał dłużej brutalnej miłości znanej powszechnie jako "hard yaoi". To nie moja działka. Zejdzie to bardziej w klimat akcji, lecz yaoi pozostanie. Kto jest tym zawiedziony to przepraszam, ale tak to będzie wyglądać. ^w^
----------
"Nie możesz", "Nic ci to nie da", "Idiota" - te wszystkie uwagi słyszał, gdy tylko powiedział o swoich zamiarach przyjaciółce z pracy. Kevin Orn zajmował się pracą w komendzie wojewódzkiej, był jednym z najlepszych policjantów i najbardziej doświadczoncych, lecz kilka miesięcy temu jego życie przeszło olbrzymią metamorfozę. Zdecydował się pomóc zdemoralizowanemu nastolatkowi, który przez całe życie miał tylko i wyłącznie same problemy. Szczerze mu współczuł i z tego też powodu wystąpił do sądu o prawa do opieki. Udało mu się. Był prawnym opiekunem Lena Marnera, ale w przypadku kolejnych problemów z chłopakiem - trafiłby do zamkniętego ośrodka wychowawczego. To tylko bardziej zmotywowało mężczyznę do pomocy chłopakowi, lecz ponad tydzień temu dzieciak wyszedł na zakupy i nie wrócił. Wszczęto poszukiwania i w każdym komisariacie w województwie, i kilku dookoła, znajdowało się jego zdjęcie na liście zaginionych. Oczywiście wszyscy uważali, że uciekł specjalnie - jedynie jego opiekun uważał inaczej. Bardzo mu ufał po kilku miesiącach spędzonych razem i nie wierzył, że zrobiłby coś takiego. Po za tym poznał go i był pewny co do niego - ten nastolatek miał trudne życie, to nie jego wina. Starał się tylko jakoś przeżyć w tym niezbyt przyjaznym świecie, a że wyszło mu to niezbyt dobrze, to go w końcu złapali. Pamiętał doskonale chwile, kiedy Len z własnej inicjatywy robił coś w domu, pomagał, np. robił zakupy. A odkąd młodszego blondyna zabrakło w domu, to stał się on dla niego strasznie zimny i cichy. Nie ważne ile czasu spędzał w pracy, czasami bywał u siebie tylko na noc, lecz teraz w ogóle nie chciał tam wracać. Dodatkowo były tam wszystkie rzeczy jego podopiecznego, a gdyby chciał uciec, to zabrałby chociaż bieliznę. Ją w szczególności, gdyż bardzo dbał o higienę. I bez tego wszystkiego... ciężko mu było się pogodzić z myślą, że go nie ma. Zdecydował się nie poddawać i za wszelką cenę go odnaleźć - dlatego podjął się tego kroku, który możnaby nazwać śmiało głupim.
- Czemu zawdzięczam tę wizytę, komisarzu?
- Chodzi o handel ludźmi.
- Więc czeka nas dłuższa rozmowa... Niestety, ale mogę Panu zaproponować tylko to krzesło. - Wskazał ruchem głowy na przytwierdzony do podłogi mebel, a sam siadł na bardzo obskórnym, więziennym łóżku. - Tylko dlaczego rozmawiamy tutaj?
- Nie dostałem pozwolenia na ponowne przesłuchanie, w związku z czym niemożliwym było zabranie cię do aresztu. - Wytłumaczył w skrócie.
- Ach tak? A zatem, nie przybywa Pan do mnie w celu służbowym. W takim razie obawiam się, że nic nie wiem w tym temacie. - Wykręcił się i posłał w stronę policjanta wredny uśmiech.
- Załatwie ci normalne więzienie, a nie...
- Wątpię. - Przerwał mu prędko. - Czy to nie Pan był głównym świadkiem przeciwko mnie? Zaraz zaraz, jak to szło? "Z zimną krwią zabił czworo naszych ludzi, kompletnie nic sobie z tego nie robiąc"? - Przypomniał z uśmiechem.
- To prawda, nie próbuj zgrywać niewiniątka. Znaleziono czterdzieści osiem osób zamordowanych przez ciebie w ciągu czterech ostatnich lat.
- Owszem, to i tak jeszcze mało, ale dlaczego mam pomagać w sprawie, za którą nie odniosę żadnych korzyści?
- Mam znajomości, idioto. Naprawdę mogę przenieść cię do normalnego więzienia, bez tych wszystkich procedur bezpieczeństwa.
- Wiesz jak trudno się je obiad plastikowym widelcem? O ile to coś nazwiemy jedzeniem. - Pożalił się, choć nie wyglądał ani trochę na zmartwionego.
- W takim razie... czego ty chcesz? - Spytał niepewny.
- Ciebie.
**********
Sześć miesięcy wcześniej.
- Musimy tak zrobić. Kiedy mnie dorwą, Cox uzna to za swój tryumf. Jego czujność będzie uśpiona i będziecie bezpieczniejsi przez pewien czas.
Przy wielkim stole zasiadało osiem osób - dwa miejsca pozostały puste. Na jednym końcu zasiadał średniego wzrostu mężczyzna o długich, czarnych włosach sięgających aż do pasa. Wyróżniał go spośród wszystkich kolor skóry - był mulatem - a także olbrzymie doświadczenie, jeśli mowa o walce.
- Olbrzymim sukcesem było dla nas zabicie Dereka... - Zaczął niepewnie. - Gratuluję, Ice. Pokonałeś go. - Skierował słowa do młodego mężczyzny o nienaturalnie szarych włosach. Ewidentnie farbowanych.
- Mówiłem ci już, Lu, że dam radę go pokonać. Fakt, że był moim bratem, nic nie znaczył. - Odpowiedział oschle z założonymi rękoma.
- Nigdy nie zrozumiem, dlaczego aż tak chciałeś się z nim mierzyć na śmierć i życie, ale to teraz chyba nie istotne. - Głos zabrał chyba najmłodszy z nich chłopak, z lekkim makijażem, którego styl był identyczny, jak w subkulturze "emo". - Mogę inwigilować przez te pół roku Svetłane.
- Świetnie. Jesteś pewny, że nie jest niczego świadoma? - Spytał ponownie Lucyfer.
- Jasne. Ta tępa dzida nawet nie wie, że dzięki mnie jej gabinet wyleciał w powietrze. - Ilia, Ilia, Ilia. Żebyś się tylko nie przeliczył. - Westchnęła Nadia. - Ja i Lea możemy dbać o bezpieczeństwo naszej kryjówki. Co nie?
- Pewnie. - Odpowiedziała druga dziewczyna. - W końcu jesteśmy partnerkami do akcji.
- W takim razie ja będę dbał o bezpieczeństwo Ilii w czasie jego inwigilacji. - Zadeklarował się szarowłosy.
- No dobra, to ja zajmę się szukaniem informacji na temat Familii.
- A ja postaram się dokończyć moje projekty.
- Więc postanowione. Ilia i Ice zajmą się Svetłaną w Rosji, Daniel i Liam będą kontynuowali swoją pracę, Lea i Nadia będą dbały o naszą baze, a Dustyn będzie im pomagał.
- Nie, ja zajme się Laurą.
- Słucham?
- Ta zdzira zabiła Sheilę i Annette. Nie daruje jej tego tak łatwo. Prześwietle ją na każdy możliwy sposób i dopadne, gdy nadaży się okazja. - Odparł białowłosy chłopak.
- Dustyn, Sheila i Annette odciągnęły Laurę, aby zadbać o nasze bezpieczeństwo. Nie miały szans z nią, ona jest zbyt silna. - Przypomniał mu raz jeszcze Lucyfer chociaż wiedział, że on i tak będzie rządał zemsty. On i Annette byli narzeczonymi. - Będziesz pomagał Lei i Nadii. Kiedy minie sześć miesięcy, zrealizujemy nasz plan. Wtedy Familia zostanie znacznie osłabiona, dzięki czemu nie będzie stanowiła aż tak wielkiego zagrożenia.
***********
- Mnie? - Odparł mocno zaskoczony Kevin. Zamierzał chwycić odruchowo za kaburę pistoletu, lecz pozostawił ją, wraz z bronią, w pomieszczeniu przed izolatką. Sam się w to wpakował.
- Może masz znajomości, aby tu wejść. Jednak zawadzasz mi akurat w tym dniu!
**********
- Pan Aleksandrow? Już? - Spytał zdziwiony.
- Owszem. Przysłaliśmy nawet wiadomość. Kolumbijczycy zmienili termin przyjazdu - będą w porcie za sześć godzin. - Poinformował go jeszcze, natomiast Len, cały czerwony ze wstydu, wybiegł z gabinetu.
- Przepraszam. Już wysyłam moich ludzi... - Zaczął się tłumaczyć, lecz gdy jego kochanek minął Misze, ten gwałtownie zmienił wyraz twarzy. Był teraz jakby... zdziwiony. - Wszystko dobrze?
- Tak, oczywiście... - Zerknął na swój notes. - Kto to jest?
- Len Marner, mamy tu go od tygodnia i nie jest jeszcze za bardzo gotowy do...
- Milcz. Zabiorę go. - Przerwał prędko z kamiennym wyrazem twarzy.
- Na pewno?
- Tak. Sądzę, że spodoba się Coxowi.
- Hm... no dobrze. W takim razie chodźmy, pokażę Panu wszystko.
**********
Sześć godzin później.
- Tutaj Ilia, odbiór.
- Wszyscy są gotowi, możesz zaczynać. I skończ gadać "odbiór", to telefon na kartę do kurwy nędzy.
- Zrozumiałem, bez odbioru. - Rozłączył się z uśmiechem i wyciągnął pistolet. - No to zaczynamy zabawę, dziubaski.
**********
- Wszystko się zgadza, szefie. Za trzy godziny zawiozą towar do was. - Powiedział przez telefon Wala.
- Zrozumiałem. W takim razie idź opijaj z nimi sukces. Ja zajme się tą szują, Aleksandrowem. - Odpowiedział Ahmed i rozłączył się.
- Wala, bąbelki uciekają. - Upomniał go kolumbijczyk.
- Już już, musiałem tylko przekazać szefowi. Za udany interes.
- Za interes.
Wszyscy napili się jednocześnie alkoholu z kieliszków, które od razu odłożyli z powrotem na blat stołu.
- O kurwa. Mocna ta wasza wóda. Z Kolumbii?
- Ze Sztokholmu. Naszą wypiliśmy po drodze. - Odpowiedział roześmiany towarzysz. - Na drugą... - Nie dokończył. Zakaszlał chwilę, po czym padł na ziemię martwy. To samo zrobili wszyscy, którzy z nim pili.
- Żałosne. - Westchnął Ilia, po czym zastrzelił ostatniego z ich ochroniarzy. Zadzwonił do bazy. - Trucizna Liama zadziałała szybciej, niż się spodziewaliśmy.
- Wszyscy to pili?
- Nie, ale już nikt nie żyje. Słabi są. Aż mi tęskno za starciami z Familią...
- Nie wywołuj wilka z lasu. Wywal to wszystko w powietrze i spadaj do Rosji, reszta da sobie rade.
- Zrozumiałem. Pozdrów ich ode mnie kiedy się skontaktują, na razie. - Czerwona słuchawka i po rozmowie. - Oby inni byli cali. Ciekawe, co potrafią te zabaweczki... Mam nadzieję, że to rozwali to wszystko w pizdu. - Rzekł sam do siebie, trzymając w dłoniach bomby zegarowe. - E tam. Dwadzieścia sekund mi wystarczy na opuszczenie tego... statku? Tylko gdzie się wchodzi głębiej?
**********
- Skoro wszystko u nas prawidłowo, Wala kupił koks, to może napijemy się czegoś mocnego? - Zaproponował, wskazując wzrokiem na barek z alkoholem.
- Muszę podziękować, ale nie odmówię zimnego mleka i ciasteczek. - Odpowiedział, pisząc coś w notesie.
- Ee... powinniśmy coś mieć... - Odparł zakłopotany. Przygotował najdroższe whikey, wino, szampana i koniak jakie tylko zdołał zdobyć, ale nie spodziewał się, że ktoś taki zażąda właśnie słodyczy. Wyszedł i wrócił z tacą ciasteczek i kubkiem mleka. - Em... ile ma Pan lat?
- Dwadzieścia sześć, a co? - Spytał, od razu rzucając się do ciastek.
- Tak tylko. - "Jesteś wysykości krasnala, a do tego objadasz się ciastkami z mlekiem. Jakim cudem ktoś taki jest asystententem Coxa?" Spytał sam siebie w myślach, kompletnie skołowany.
- Przepraszam za najście, ale drzwi były otwarte, więc wszedłem.
- Co?! A ty coś za jeden? - Wkurzył się do granic możliwości Ahmed.
- Jestem Ice. Pochwalisz się w zaświatach. - Jeden głośny dźwięk wystrzelonej z pistoletu kuli i mężczyzna padł na ziemię martwy, z dziurą w czole. - A więc to ciebie tu przysłał Cox? Niezbyt rozważny krok, Misza.
- Oj tam. Darkrow przewidział, że ktoś zabije Ahmeda, dlatego tutaj jestem. Chcesz ciasteczko? - Spytał spokojnie, nic sobie nie robiąc z faceta w czarnej pelerynie.
- Nie lubię słodyczy.
- Szkoda. Są naprawdę dobre... - Westchnął cicho. - Nie chce mi się ciebie zabijać.
- Ja czuję kompletnie co innego. - Odparł, zrzucając z siebie czarną szatę. Miał na sobie teraz czarne spodnie z pasem, do którego miał zaczepionych kilka broni.
- Paradujesz bez koszulki jak Derek. Widać, że byliście braćmi. - Wspomniał cicho dawnego sprzymierzeńca. - Jednak wkrótce go spotkasz.
- Prędzej ty.
----------
Dużo na raz się dzieje. ._. Ale wydaje mi się lepsze od poprzednich.
" Dziubaski " mnie osobiście rozwaliło. xD Ja uwielbiam wątki kryminalne, więc dla mnie mega ♡ Powiem Ci że ten początek pisałeś cholernie podobnie lub wyrażenie podobnym stylem będzie odpowiedniejsze, jak norweski pisarz Jo Nesbø. Ja osobiście uwielbiam jego książki o charakterze kryminalnym, więc początek mnie zachwycił. Następnie nie pasuje mi jak więzień się wyraża :-) Jak dla mnie trochę za grzecznie,biorąc pod uwage że z tego co wynika wyżej, więzienie jedno z gorszych, więc nie raz dostał w morde za samo przebywanie tam. I jak akcja się rozwineła trzeba dobrze się wczytać bo bardzo łatwo się zgubić w wątku. Ogólnie wyszło bardzo fajnie. Ja wielbie ten początek z tym komisarzem, mam nadzieje że o nim będzie więcej i może coś z tym jego podopiecznym jak się znajdzie ^.^ Lecz ja tylko sugeruje hihi ;3 Dobra robota. :-)
OdpowiedzUsuń