Muzyka

czwartek, 23 lipca 2015

Rozdział 4 Konflikt kluczem do wojny, część I

Przepraszam was za przerwę. Trwało troszkę dłużej, ale musiałem na poważnie pomyśleć o blogu i doszedłem w końcu do wniosku, że, pomimo moich pierwotnych słów skierowanych do niektórych osób, nie będę opisywał dłużej brutalnej miłości znanej powszechnie jako "hard yaoi". To nie moja działka. Zejdzie to bardziej w klimat akcji, lecz yaoi pozostanie. Kto jest tym zawiedziony to przepraszam, ale tak to będzie wyglądać. ^w^

----------

"Nie możesz", "Nic ci to nie da", "Idiota" - te wszystkie uwagi słyszał, gdy tylko powiedział o swoich zamiarach przyjaciółce z pracy. Kevin Orn zajmował się pracą w komendzie wojewódzkiej, był jednym z najlepszych policjantów i najbardziej doświadczoncych, lecz kilka miesięcy temu jego życie przeszło olbrzymią metamorfozę. Zdecydował się pomóc zdemoralizowanemu nastolatkowi, który przez całe życie miał tylko i wyłącznie same problemy. Szczerze mu współczuł i z tego też powodu wystąpił do sądu o prawa do opieki. Udało mu się. Był prawnym opiekunem Lena Marnera, ale w przypadku kolejnych problemów z chłopakiem - trafiłby do zamkniętego ośrodka wychowawczego. To tylko bardziej zmotywowało mężczyznę do pomocy chłopakowi, lecz ponad tydzień temu dzieciak wyszedł na zakupy i nie wrócił. Wszczęto poszukiwania i w każdym komisariacie w województwie, i kilku dookoła, znajdowało się jego zdjęcie na liście zaginionych. Oczywiście wszyscy uważali, że uciekł specjalnie - jedynie jego opiekun uważał inaczej. Bardzo mu ufał po kilku miesiącach spędzonych razem i nie wierzył, że zrobiłby coś takiego. Po za tym poznał go i był pewny co do niego - ten nastolatek miał trudne życie, to nie jego wina. Starał się tylko jakoś przeżyć w tym niezbyt przyjaznym świecie, a że wyszło mu to niezbyt dobrze, to go w końcu złapali. Pamiętał doskonale chwile, kiedy Len z własnej inicjatywy robił coś w domu, pomagał, np. robił zakupy. A odkąd młodszego blondyna zabrakło w domu, to stał się on dla niego strasznie zimny i cichy. Nie ważne ile czasu spędzał w pracy, czasami bywał u siebie tylko na noc, lecz teraz w ogóle nie chciał tam wracać. Dodatkowo były tam wszystkie rzeczy jego podopiecznego, a gdyby chciał uciec, to zabrałby chociaż bieliznę. Ją w szczególności, gdyż bardzo dbał o higienę. I bez tego wszystkiego... ciężko mu było się pogodzić z myślą, że go nie ma. Zdecydował się nie poddawać i za wszelką cenę go odnaleźć - dlatego podjął się tego kroku, który możnaby nazwać śmiało głupim.
- Czemu zawdzięczam tę wizytę, komisarzu?
- Chodzi o handel ludźmi.
- Więc czeka nas dłuższa rozmowa... Niestety, ale mogę Panu zaproponować tylko to krzesło. - Wskazał ruchem głowy na przytwierdzony do podłogi mebel, a sam siadł na bardzo obskórnym, więziennym łóżku. - Tylko dlaczego rozmawiamy tutaj?
- Nie dostałem pozwolenia na ponowne przesłuchanie, w związku z czym niemożliwym było zabranie cię do aresztu. - Wytłumaczył w skrócie.
- Ach tak? A zatem, nie przybywa Pan do mnie w celu służbowym. W takim razie obawiam się, że nic nie wiem w tym temacie. - Wykręcił się i posłał w stronę policjanta wredny uśmiech.
- Załatwie ci normalne więzienie, a nie...
- Wątpię. - Przerwał mu prędko. - Czy to nie Pan był głównym świadkiem przeciwko mnie? Zaraz zaraz, jak to szło? "Z zimną krwią zabił czworo naszych ludzi, kompletnie nic sobie z tego nie robiąc"? - Przypomniał z uśmiechem.
- To prawda, nie próbuj zgrywać niewiniątka. Znaleziono czterdzieści osiem osób zamordowanych przez ciebie w ciągu czterech ostatnich lat.
- Owszem, to i tak jeszcze mało, ale dlaczego mam pomagać w sprawie, za którą nie odniosę żadnych korzyści?
- Mam znajomości, idioto. Naprawdę mogę przenieść cię do normalnego więzienia, bez tych wszystkich procedur bezpieczeństwa.
- Wiesz jak trudno się je obiad plastikowym widelcem? O ile to coś nazwiemy jedzeniem. - Pożalił się, choć nie wyglądał ani trochę na zmartwionego.
- W takim razie... czego ty chcesz? - Spytał niepewny.
- Ciebie.

**********

Sześć miesięcy wcześniej.

- Musimy tak zrobić. Kiedy mnie dorwą, Cox uzna to za swój tryumf. Jego czujność będzie uśpiona i będziecie bezpieczniejsi przez pewien czas.
Przy wielkim stole zasiadało osiem osób - dwa miejsca pozostały puste. Na jednym końcu zasiadał średniego wzrostu mężczyzna o długich, czarnych włosach sięgających aż do pasa. Wyróżniał go spośród wszystkich kolor skóry - był mulatem - a także olbrzymie doświadczenie, jeśli mowa o walce.
- Olbrzymim sukcesem było dla nas zabicie Dereka... - Zaczął niepewnie. - Gratuluję, Ice. Pokonałeś go. - Skierował słowa do młodego mężczyzny o nienaturalnie szarych włosach. Ewidentnie farbowanych.
- Mówiłem ci już, Lu, że dam radę go pokonać. Fakt, że był moim bratem, nic nie znaczył. - Odpowiedział oschle z założonymi rękoma.
- Nigdy nie zrozumiem, dlaczego aż tak chciałeś się z nim mierzyć na śmierć i życie, ale to teraz chyba nie istotne. - Głos zabrał chyba najmłodszy z nich chłopak, z lekkim makijażem, którego styl był identyczny, jak w subkulturze "emo". - Mogę inwigilować przez te pół roku Svetłane.
- Świetnie. Jesteś pewny, że nie jest niczego świadoma? - Spytał ponownie Lucyfer.
- Jasne. Ta tępa dzida nawet nie wie, że dzięki mnie jej gabinet wyleciał w powietrze. - Ilia, Ilia, Ilia. Żebyś się tylko nie przeliczył. - Westchnęła Nadia. - Ja i Lea możemy dbać o bezpieczeństwo naszej kryjówki. Co nie?
- Pewnie. - Odpowiedziała druga dziewczyna. - W końcu jesteśmy partnerkami do akcji.
- W takim razie ja będę dbał o bezpieczeństwo Ilii w czasie jego inwigilacji. - Zadeklarował się szarowłosy.
- No dobra, to ja zajmę się szukaniem informacji na temat Familii.
- A ja postaram się dokończyć moje projekty.
- Więc postanowione. Ilia i Ice zajmą się Svetłaną w Rosji, Daniel i Liam będą kontynuowali swoją pracę, Lea i Nadia będą dbały o naszą baze, a Dustyn będzie im pomagał.
- Nie, ja zajme się Laurą.
- Słucham?
- Ta zdzira zabiła Sheilę i Annette. Nie daruje jej tego tak łatwo. Prześwietle ją na każdy możliwy sposób i dopadne, gdy nadaży się okazja. - Odparł białowłosy chłopak.
- Dustyn, Sheila i Annette odciągnęły Laurę, aby zadbać o nasze bezpieczeństwo. Nie miały szans z nią, ona jest zbyt silna. - Przypomniał mu raz jeszcze Lucyfer chociaż wiedział, że on i tak będzie rządał zemsty. On i Annette byli narzeczonymi. - Będziesz pomagał Lei i Nadii. Kiedy minie sześć miesięcy, zrealizujemy nasz plan. Wtedy Familia zostanie znacznie osłabiona, dzięki czemu nie będzie stanowiła aż tak wielkiego zagrożenia.

***********

- Mnie? - Odparł mocno zaskoczony Kevin. Zamierzał chwycić odruchowo za kaburę pistoletu, lecz pozostawił ją, wraz z bronią, w pomieszczeniu przed izolatką. Sam się w to wpakował.
- Może masz znajomości, aby tu wejść. Jednak zawadzasz mi akurat w tym dniu!

**********

- Pan Aleksandrow? Już? - Spytał zdziwiony.
- Owszem. Przysłaliśmy nawet wiadomość. Kolumbijczycy zmienili termin przyjazdu - będą w porcie za sześć godzin. - Poinformował go jeszcze, natomiast Len, cały czerwony ze wstydu, wybiegł z gabinetu.
- Przepraszam. Już wysyłam moich ludzi... - Zaczął się tłumaczyć, lecz gdy jego kochanek minął Misze, ten gwałtownie zmienił wyraz twarzy. Był teraz jakby... zdziwiony. - Wszystko dobrze?
- Tak, oczywiście... - Zerknął na swój notes. - Kto to jest?
- Len Marner, mamy tu go od tygodnia i nie jest jeszcze za bardzo gotowy do...
- Milcz. Zabiorę go. - Przerwał prędko z kamiennym wyrazem twarzy.
- Na pewno?
- Tak. Sądzę, że spodoba się Coxowi.
- Hm... no dobrze. W takim razie chodźmy, pokażę Panu wszystko.

**********

Sześć godzin później.

- Tutaj Ilia, odbiór.
- Wszyscy są gotowi, możesz zaczynać. I skończ gadać "odbiór", to telefon na kartę do kurwy nędzy.
- Zrozumiałem, bez odbioru. - Rozłączył się z uśmiechem i wyciągnął pistolet. - No to zaczynamy zabawę, dziubaski.

**********

- Wszystko się zgadza, szefie. Za trzy godziny zawiozą towar do was. - Powiedział przez telefon Wala.
- Zrozumiałem. W takim razie idź opijaj z nimi sukces. Ja zajme się tą szują, Aleksandrowem. - Odpowiedział Ahmed i rozłączył się.
- Wala, bąbelki uciekają. - Upomniał go kolumbijczyk.
- Już już, musiałem tylko przekazać szefowi. Za udany interes.
- Za interes.
Wszyscy napili się jednocześnie alkoholu z kieliszków, które od razu odłożyli z powrotem na blat stołu.
- O kurwa. Mocna ta wasza wóda. Z Kolumbii?
- Ze Sztokholmu. Naszą wypiliśmy po drodze. - Odpowiedział roześmiany towarzysz. - Na drugą... - Nie dokończył. Zakaszlał chwilę, po czym padł na ziemię martwy. To samo zrobili wszyscy, którzy z nim pili.

- Żałosne. - Westchnął Ilia, po czym zastrzelił ostatniego z ich ochroniarzy. Zadzwonił do bazy. - Trucizna Liama zadziałała szybciej, niż się spodziewaliśmy.
- Wszyscy to pili?
- Nie, ale już nikt nie żyje. Słabi są. Aż mi tęskno za starciami z Familią...
- Nie wywołuj wilka z lasu. Wywal to wszystko w powietrze i spadaj do Rosji, reszta da sobie rade.
- Zrozumiałem. Pozdrów ich ode mnie kiedy się skontaktują, na razie. - Czerwona słuchawka i po rozmowie. - Oby inni byli cali. Ciekawe, co potrafią te zabaweczki... Mam nadzieję, że to rozwali to wszystko w pizdu. - Rzekł sam do siebie, trzymając w dłoniach bomby zegarowe. - E tam. Dwadzieścia sekund mi wystarczy na opuszczenie tego... statku? Tylko gdzie się wchodzi głębiej?

**********

- Skoro wszystko u nas prawidłowo, Wala kupił koks, to może napijemy się czegoś mocnego? - Zaproponował, wskazując wzrokiem na barek z alkoholem.
- Muszę podziękować, ale nie odmówię zimnego mleka i ciasteczek. - Odpowiedział, pisząc coś w notesie.
- Ee... powinniśmy coś mieć... - Odparł zakłopotany. Przygotował najdroższe whikey, wino, szampana i koniak jakie tylko zdołał zdobyć, ale nie spodziewał się, że ktoś taki zażąda właśnie słodyczy. Wyszedł i wrócił z tacą ciasteczek i kubkiem mleka. - Em... ile ma Pan lat?
- Dwadzieścia sześć, a co? - Spytał, od razu rzucając się do ciastek.
- Tak tylko. - "Jesteś wysykości krasnala, a do tego objadasz się ciastkami z mlekiem. Jakim cudem ktoś taki jest asystententem Coxa?" Spytał sam siebie w myślach, kompletnie skołowany.
- Przepraszam za najście, ale drzwi były otwarte, więc wszedłem.
- Co?! A ty coś za jeden? - Wkurzył się do granic możliwości Ahmed.
- Jestem Ice. Pochwalisz się w zaświatach. - Jeden głośny dźwięk wystrzelonej z pistoletu kuli i mężczyzna padł na ziemię martwy, z dziurą w czole. - A więc to ciebie tu przysłał Cox? Niezbyt rozważny krok, Misza.
- Oj tam. Darkrow przewidział, że ktoś zabije Ahmeda, dlatego tutaj jestem. Chcesz ciasteczko? - Spytał spokojnie, nic sobie nie robiąc z faceta w czarnej pelerynie.
- Nie lubię słodyczy.
- Szkoda. Są naprawdę dobre... - Westchnął cicho. - Nie chce mi się ciebie zabijać.
- Ja czuję kompletnie co innego. - Odparł, zrzucając z siebie czarną szatę. Miał na sobie teraz czarne spodnie z pasem, do którego miał zaczepionych kilka broni.
- Paradujesz bez koszulki jak Derek. Widać, że byliście braćmi. - Wspomniał cicho dawnego sprzymierzeńca. - Jednak wkrótce go spotkasz.
- Prędzej ty.

----------

Dużo na raz się dzieje. ._. Ale wydaje mi się lepsze od poprzednich.

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Rozdział 3 Szansa Ahmeda

Zachęcam was wszystkich do pisania komentarzy, ale tutaj, a nie mi na gg. xD Większość czytelników mi tam zamieszcza swoje opinie, a jednak wygodniej byłoby mi je czytać tutaj. :D

----------

W zasadzie to często to robił. Gdyby nie podsłuchiwanie rozmów Ahmeda i Wali, jego prawej ręki, to nie miałby zielonego pojęcia o niczym, co się działo w tym miejscu. A, że był tutaj już dziesięć miesięcy, to nie zawsze mu zamykano drzwi na klucz. Po za tym on był nauczony, że nie wolno mu wychodzić bez pozwolenia, ale przecież nikt go na tym nie nakrył, zgadza się? Dami po raz kolejny wykradł się po kryjomu ze swojego pokoju i skierował swe kroki do gabinetu Ahmeda. Przyklęknął przed drzwiami, uważnie słuchając i obserwując, przez dziurke od klucza, co działo się wewnątrz. Oczywiście byli tam ci dwaj mężczyźni. Właściciel tego wszystkiego, choć odpowiedniej możnaby go nazwać "opiekunem", był ubrany tak jak zawsze. Luźny t-shirt i jeansy, natomiast jego towarzysz zawsze lubił spodnie w moro i czarne koszulki, a także ciemne okulary przeciwsłoneczne, których aktualnie nie posiadał. Takie lekkie zaskoczenie.
-... przecież miał nam przeprowadzić kontrole, to czemu mam jechać do Szczecina po koks? - Kontynuował dalej rozmowę Wala, którego twarz wyrażała mocne zdezorientowanie.
- Tak, tak, wiem. Też jestem wpieniony tym wszystkim, ale spójrz na to z drugiej strony. Ty jedziesz po towar od Kolumbijczyków, ja się uśmiecham pięknie do jakiegoś typa od Coxa - i co? I mamy całe pięć ton tego całego szajsu! Nigdy nie zajmowaliśmy się rozprowadzaniem tego wszystkiego, a teraz mamy absolutnie czyste prochy! Ogarniasz to?
- Niby ogarniam, ale mi to i tak nie gra. Przecież to nie jest jakaś tam mała transakcja. Do takich rzeczy zawsze wysyłali ważniejszych ludzi, a nie takich nas.
- "Takich nas"? Co ty pieprzysz? Mamy szanse na gruby szmal, a ty tutaj jakieś głupoty pociskasz. Kolumbijczycy rozładują najpierw w Sztokholmie, a potem u nas. I ty kupisz wszystko, wychlejesz z nimi gorzałe i wracasz. Zrozumiałeś? - Odwarknął groźnie, choć Wala wcale nie zmienił swojego podejścia. Wręcz przeciwnie - wyglądał, jakby miał go zaraz pobić
- Spoko, ale sam zobaczysz, że coś tutaj nie gra. - Kontynuował uparcie swoje przekonania.
Damian jednak dalej tego nie słuchał, gdyż nie było sensu. Kiedyś tam podsłuchał coś na temat Kolumbijczyków, ale nie na tyle, aby wiedzieć coś konkretnego. Jakimś cudem dają rade przewieźć koks z Kolumbii do Europy, ale jak, to za cholere nie wiedział. W końcu to niemała odległość, ale mniejsza o to. Jedno co usłyszał po raz pierwszy, to pseudonim "Cox". Nie miał zielonego pojęcia, o kogo chodziło, ale jego pseudonim wskazywał pewnie na jakiegoś dilera. Cholera go tam wie, a właściwie, to co mu do tego...? Nie powiedzieli nic istotnego na temat jego czy Lena, ale on i tak się tym interesował. Tak z nudów chyba.

**********

~Dwie godziny później~

- Mogę?
Nie miał nic w ustach od... wait wait wait, nie miał nic do jedzenia w ustach od dobrych kilku dni. Conajmniej, bo jak zgadywał, to trzymali go tutaj jakoś tak trzeci dzień. Chyba tak. Hubert był u niego jeszcze raz po tym, jak zrobił mu dobrze. I bolał go tyłek, ale to prawdopodobnie jeszcze się dokładało z tego pierwszego gwałtu. A teraz siedział kompletnie nago w gabinecie Ahmeda, który, wbrew jego oczekiwaniom, był całkiem atrakcyjnym mężczyzną. Spodziewał się, że właściciel tego wszystkiego będzie gruby i łysy, a tutaj takie miłe zaskoczenie. Nie miał pojęcia jak on wyglądał bez ubrań, ale jego szczupła sylwetka sama w sobie była zachęcająca. Tak naprawdę to myślał o tym tylko przez sekundę, bo jego uwagę cały czas przykuwał talerz z kanapkami, który leżał przed nim, na biurku.
- Nie, jak podgłodniejesz, to nic ci się nie stanie, Lenuś. - Stanął za nim i pogłaskał do delikatnie po głowie. - Hubert bardzo mi ciebie chwalił.
- Dlatego nie dostałem ubrań? - Tak, siedział na krześle kompletnie nago.
- Hahahh, niee. Po prostu jesteś zbyt słodki na ubranka.
- To po co tu jestem? Po to...? - Spytał i spojrzał na niego z dołu, odchylając głowę. Ahmed natomiast przyklęknął obok niego z przyjaznym uśmiechem.
- Po to, żebyś zrozumiał kilka spraw...
- Ale ja wiem, że jestem tutaj od zaspokajania innych... - Przerwał mu cicho, bojąc się jednak przeszkadzać mu w mówieniu.
- To bardzo dobrze mały, ale są jeszcze inne ważne sprawy. Raz na jakiś czas przyjeżdża do nas ktoś od góry i wybiera zawsze parę dziwek do Rosji. I tam jest dużo lepiej, niż tu. Chociażbyś dostawał codziennie kanapki. Brzmi zachęcająco?
- Tak... - Przeniósł wzrok na swoje kolana, jakoś tak zawstydzony.
- To musisz się postarać, kiedy przyjedzie. - Puścił mu oczko i... usiadł w swoim fotelu. - Możesz już iść.
- Ale ja... ja nie dam sobie rady...
- Twój problem. Chcesz mi teraz marudzić? - Automatycznie zmienił nastawienie w stosunku do niego na bardziej wrogie.
- Chcę pomocy...
To było naiwne, bo wszystko to, o czym mówił Ahmed, mogło być czystą fikcją, ale jeśli naprawdę mogło być lepiej, to trzeba było wykorzystać każdą możliwość. Bez słowa skierował się do fotela mężczyzny, gdyż niestety to było biurko i nie było opcji, żeby przejść pod blatem, ale on sobie poradzi. Nim tamten jakkolwiek zareagował, to dał nura pod mebel i zaczął rozpinać jego spodnie.
- Mam ci pomóc w zamian za seks? I tak mogę cię wziąć, kiedy tylko mi się podoba. - Wyśmiał go, lecz nie zatrzymywał.
- Ale teraz zrobię wszystko z wielką rozkoszą, Panie.
Skoro Hubert go chwalił, to oznaczało, że potrafił zaspokajać facetów, a więc musiał mu się przypodobać - chociażby dla tych kanapek. Długo nie wytrzyma na samej spermie... już dobierał się do bokserek tego jego kochanka, gdy tamten mocno nacisnął stopą na jego krocze. Nie, to na sto procent nie miało na celu podniecić, tylko bardziej sprawiać niepotrzebny ból. Sadystyczny gnojek. Blondyn jednak uparcie zaczął lizać członka starszego, przez materiał bielizny. Okazał się on jednak już twardy - najwidoczniej takie maltretowanie młodych chłopaków mocno go podniecało. Jemu akurat nie było za dobrze, ale to chyba argument za tym, aby starać się stąd zmyć jak najszybciej. Podobno cel uświęca środki, a te zapowiadały się na bardzo zboczone. Po krótkiej pieszczocie zsunął mu w końcu bokserki, co go nawet mile zaskoczyło. Może to głupie, ale był pewny, że Hubert miał większego. No i on był też wydepilowany, a ten to normalnie... żylety na oczy nie widział. To by tłumaczyło jego zarost na twarzy. Starał się jednak teraz skupić na tym, aby nie dać plamy - musiał dać z siebie wszystko. W takim wypadku nie zdawał się już na instynkt, tylko wyobraził sobie... loda. Śmietankowego loda na patyku w bardzo upalny dzień, którego musiał bardzo zachłannie oblizywać z każdej strony i ssać jednocześnie, aby nic nie skapnęło. Oddając się temu zajęciu zaczął równocześnie głaskać stopę mężczyzny, która nadal, bezlitośnie uciskała jego jądra. Zamiast zwijać się z bólu, ekstremalnie szybko lizał jego kutasa, jednocześnie trzymając go w ustach, ssąc i głaskał jego stope. |Nie polecam początkującym. xD| Na szczęście Ahmed, po dosyć długiej chwili, śmiało doszedł wprost do jego gardła, zaprzesztając przy tym dręczenia jego krocza. Miał ochotę odetchnąć, ale miał pełne usta.
- Dostanę teraz kanapeczke? - Spytał szczerząc białe zębiska w uśmiechu, kiedy tylko się od niego oderwał.
- Teraz? Teraz możesz się zabawić w rodeo.
Wyleciał z pod biurka jak strzała, lądując prosto na kolanach mężczyzny. Dobrze, że on po wytrysku dalej był twardy. Czy to świadczyło o ochocie na seks? Nakierował go jedną dłonią na swoje wejście, po czym nabił się na niego, aż usiadł na jego udach, czemu towarzyszyło jęknięcie z jego strony.
- Ekhm.
Ahmed wychylił głowę na bok, aby dostrzec chrząkającego intruza. Tia. Jakiś niziutki chłopaczek w okularach, i blond włosami za ramiona, stał w drzwiach, trzymając w rękach jakiś notes i długopis.
- Czego kurwa?! Nie widać, że jesteśmy zajęci?! - Wydarł się mocno wkurzony właściciel tego wszystkiego.
- Widać, widać. Tylko ja tutaj przyjechałem w sprawie dziwek i narkotyków. Jestem Misza Aleksandrow, od Coxa.

----------

Nic dodać nic ująć. °^° Len się trochu rozkręca z tym dawaniem dupy, ale on się jeszcze zarumieeeeni, nie bójcie się o niego. ;3

wtorek, 23 czerwca 2015

Rozdział 2 Pierwsze koty za płoty

Ile minęło czasu od tamtego gwałtu? Nie pytajcie, bo Len tego nie wiedział. Brak okna, zegarka, kalendarza, w ogóle czuł się tutaj jak w jakimś więzieniu. Co prawda miał łóżko, meble, które i tak były pozamykane, ale jedyne co mógł tutaj robić, to leżeć. Ewentualnie siedzieć. A akurat zajmował się tym pierwszym, przy czym opłakiwał jeszcze ostatnie wydarzenie. To nie było nic przyjemnego. Nawet nie mógł usiąść, bo pewna część jego ciała boleśnie przywracała mu wtedy wspomnienia z ostatniej wizyty nieznajomego faceta. Chłopak miał rozbite myśli. Z jednej strony chciał, aby ktoś tutaj przyszedł. Choć z drugiej, jeśli to miałby być tamten typ... to nie, niech o nim wszyscy zapomną i zdechnie z głodu. Jak na razie, to to wydawało mu się być najjaśniejszym scenariuszem. Niestety jego dotychczasowy spokój został zakłócony, gdy do jego uszu dobiegł dźwięk przękręcanego klucza w zamku i otwierania drzwi. Od razu podniósł głowę z poduszki i powędrował wzrokiem do nieznajomego, który okazał się być... nastolatkiem. Do środka wszedł nastolatek w czarnych, nieco obdartych spodenkach i obroży na szyi. Wyglądał na trochę zaniedbanego, gdyż miał na ciele liczne siniaki i zadrapania. Mimo to wyglądał całkiem dobrze. Może to głupie, ale kiedy poczuł na sobie spojrzenie jego zielonych oczu, zrobiło mu się jakoś tak lepiej. Wyraźnie biło od niego współczucie i jakaś taka dobroć, to się dało dostrzec bez problemu. Szatyn zamknął za sobą delikatnie drzwi i dalej jedynie obserwował niebieskookiego. Nastała chwilowo niezręczna cisza, która jednak budowała pewne poczucie bezpieczeństwa w tym pomieszczeniu. Chłopak przetarł pięścią załzawione oczy i zdecydował się jednak na krok w jego stronę, a mianowicie - przerwanie tego milczenia.
- Hej... kim jesteś?
- Jestem Damian, ale możesz mi mówić Dami. Mogę podejść? - Spytał spokojnie, nadal stojąc w miejscu.
- Jasne... usiądź...
Powinien być bardziej ostrożny po ostatniej nieprzyjemnej przygodzie, ale jeżeli czekałby go gwałt, to na pewno łatwo by go nie uniknął - o ile w ogóle. Dlatego też nie widział powodów, dla których nie powinien się odzywać do kogoś, kto prawdopodobnie przyszedł do niego w dobrych intencjach. Nie zdobył się jednak na uśmiech, ani na wstanie z miejsca, co ma pewne uzasadnienie - jego cztery litery przeżywały istny koszmar. Było chyba nawet gorzej, niż wtedy. Chociaż nie, nie czuł teraz w sobie nic dużego i miał większą swobodę. Seks analny precz.
- Słuchaj, słyszałem co ci zrobił Hubert i przykro mi z tego powodu. Bardzo cię boli? - Zaczął z lekka zatroskany, siadając obok niego, na łóżku.
- Tak, ale przeżyje. Ten facet z mięśniami i dziwnymi włosami, to Hubert?
- Owszem. On ma pół głowy ogolonej, a drugie pół ma zapuszczone długie włosy. - Wytłumaczył jeszcze, bo Len najwyraźniej nie pamiętał aż takich szczegółów.
- Hm... trochę dziwne. A dlacze...
- Nie wnikaj, Len. Po prostu daj spokój takim pytaniom. - Przerwał mu od razu, ale nadal wykazywał się wielkim spokojem. - On będzie cię tresował... znam go nie od dziś i wiem, że potrafi się uprzeć.
- To znaczy? - Spytał nierozumiejąco, w dalszym ciągu leżąc obok.
- To znaczy, Len, że on cię może skatować. Rozumiesz? Dlatego musisz się postarać... jeśli będziesz robił wszystko co ci karze, to nic ci się stanie.
- A jeśli on będzie chciał znowu...? - Nie dokończył już, gdyż uważał, że Dami sam sobie dopowie.
- To to z nim zrób, tylko się staraj o niego. To pewnie dla ciebie trudne, ale... no nie wiem... myśl wtedy o czymś przyjemnym. Dasz radę?
- Chyba tak...
- Musisz. - Uciął ostrzej niż wcześniej. - Przepraszam cię, ale ja musze lecieć... nie wolno mi tutaj długo być... po prostu pamiętaj, żeby go słuchać mimo wszystko, dobrze?
- Jasne.
Szatyn skinął z uśmiechem głową i ruszył szybko w stronę wyjścia, po czym od razu wyszedł, zamykając drzwi do pokoju na klucz. Błękitnooki pozostał znowu sam, ale z tym, że poczuł się jakoś tak lepiej na duchu. Jeżeli tamten miał rację, to jeśli nie będzie się opierał, to będzie dobrze. Nie miał w ogóle ochoty na podporządkowywanie się temu zboczonemu chłopakowi, ale po ostatnim naprawdę się go bał. I to jeszcze nie koniec przygód z nim - przynajmniej to wywnioskował po rozmowie z Damim. Musiał się jakoś w sobie przełamać. Nie było innego wyjścia. Przynajmniej go nie widział w tym momencie. Przez cały ten wolny czas starał się uświadomić sobie, że ten cały Hubert nie ma zahamowań w gniewie. Zaczęło go też po pewnym czasie zastanawiać, co tutaj robił ten cały Damian. Może to ten zboczeniec go tu przysłał, żeby blondyn chętniej... nie, on sam w to nie wierzył. Od szatyna cały czas ulatniała się jakaś taka aura dobroci i pozytywnej myśli. Szkoda, że był tutaj tylko przez chwilkę. Chciałby się dowiedzieć czegokolwiek po za faktem, że grozi mu śmierć za opór podczas seksu. Albo przed. Co by nie było, to on chyba naprawdę będzie musiał mu uledz. Na myśl o tym robiło mu się jakoś dziwnie przykro, ale próbował myśleć o tym w ten sam sposób, co nowo poznany chłopak - czyli optymistycznie. Chociaż właściwie, to może go znał? Praktycznie nic nie pamiętał, co mogłoby się dziać przed pobudką w tym dziwnym miejscu. Nie, jedno pamiętał... jakiś głos za ciężkimi drzwiami, który nie wróżył mu nic dobrego, ale może to tylko sen? Masakra, on już nawet nie odróżniał rzeczywistości od snu. I znowu ten charakterystyczny dźwięk otwierania drzwi. Zaraz, co? Błyskawicznie poderwał głowę do góry, aby ujrzeć nowego gościa. Niestety, ale to nie był Dami, tylko ktoś z widocznymi mięśniami i czarnymi włosami. Przynajmniej z lewej strony tego zakutego łba.
- Stęskniłeś się, Lenuś? - Spytał z łobuzerskim uśmieszkiem, krocząc pewnie w jego kierunku.
- ... tak... - Odpowiedział zdecydowanie. On to powiedział! Jeśli Dami nie miał racji, to on sam przestanie dobrowolnie oddychać. Tak, to szantaż, bo nie powinno teraz boleć.
- Oo, a to nowość. Na pokore ci się zebrało? - To pytanie już raczej skierował do siebie i zdecydowanym pociągnięciem go za nogę, zwalił chłopaka na podłogę, który cicho jęknął przy upadku. Bolało. - Czyżby cię bolała pupcia, dziwko?
- Tak. - Znowu to samo upokorzenie. I do tego siedział nago, bo po tym gwałcie nawet swoich ubrań nie widział.
- No dobra... to zawrzyjmy pewną umowe. Twoja dziurka odpocznie od ruchania, jeśli sam mnie zaspokoisz. Zgoda?
- Postaram się... zgoda. - Odpowiedział w końcu po chwili namysłu. Starał się myśleć optymistycznie, tylko gorzej z tym, co będzie dalej.
- To bierz się do roboty. - Usiadł sobie wygodnie na łóżku i zdjął spodnie, przez co obaj byli kompletnie nadzy.
I teraz przed Lenem siedział nagi Hubert z lekko rozsuniętymi nogami, któremu musiał zrobić laske, bo tamten go zarucha na śmierć. Jak to się stało? Sam tego nie ogarniał, ale wiedząc, co mu grozi, przyklęknął przed nim. Bolał go tyłek, lecz to ignorował. Adrenalina jakoś tak go teraz znieczulała. Zrobi coś źle - gwałt. Z taką myślą przysunął głowę do krocza mężczyzny, gdzie chwycił w dłoń jego miękkiego członka, przy czym zaczął skladać nieśmiałe pocałunki na jego jądrach. Improwizował w 100%, nie miał zielonego pojęcia jak powinien go zadowalać, dlatego też mile zaskoczyło go, że męskość tego zboka zaczęła powiększać swoje rozmiary i robić się coraz twardsza. To dobry znak. Dobra. Westchnął cicho, zamknął oczy i przejechał językiem po całej długości tego twardego jak skała penisa. Objął go, w połowie jego długości, ustami i przyssał delikatnie. Naprawdę nie wiedział co powinien robić, ale działał jakoś tak instynktownie i najwyraźniej dobrze mu szło. Hubert zniecierpliwił się jednak i docisnął jego głowę do swojego krocza, lecz Len poraz kolejny się popisał, w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Objął go spokojnie ustami i zatoczył wokół główki kółeczka językiem, zsuwając mu tym samym napletek i zlizując prejakulat. Aż czarnowłosy pozwolił mu działać na własną rę... głowę, pod wpływem tych pieszczot. Blondyn natomiast w ogóle się nie krępował. Wyglądało to tak, jakby po raz setny to robił i nie miał z tym żadnego problemu. Przez krótką chwile wsuwał i wysuwał sobie z ust jego członka, delikatnie liżąc go językiem od spodu, po czym niespodziewanie zwiększył tempo tej nienajgorszej pieszczoty. Dodatkowo chwycił w jedną dłoń jądra Huberta, a drugą położył delikatnie na wewnętrznej stronie jego uda, subtelnie je głaszcząc. Może i wyglądał na twardego |... nie chodziło mi w tym momencie o jego kutasa. XD|, ale nie potrzebował dużo czasu przy owej pieszczocie, aby wytrysnąć prosto do gardła młodszego chłopaka, który nie dość, że ochoczo to wypił, to jeszcze wylizał dokładnie członka swojego kochanka. Bo określenie "gwałciciel", było by raczej nie na miejscu.
- I... i jak?
- Zajebiście.

----------

Jezz, nie wyrobiłem się. Obiecałem paru osobom ten rozdział do wtorku, a prawie od trzydziestu minut jest już środa. xD No trudno, dałem dupy. ;-; Przepraszam za niedotrzymanie słowa, takie dodatkowe opóźnienie.

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Rozdział 1 Początki zawsze są trudne

Nawet nie wiecie, jak motywują wasze pozytywne komentarze prologu ♥ Nie traktujcie tego jako ironię, nie nie xD Po prostu wszyscy mi to komentowali na gg i dlatego komentarze pod tamtym postem świecą pustkami, ale mi to nie przeszkadza. Ciesze się, że te moje wypociny ktoś czyta. A co do negatywnych komentarzy, to je też bardzo sobie cenie. No dobra, czytajta już ludziska.

----------

- Czarno to widzę. - Odezwał się ochrypły głos, którego posiadacz znajdował się najprawdopodobniej za ciężkimi, stalowymi drzwiami, z małymi kratami w ich górnej części.
- Co? O co ci chodzi? - Pytał zaintrygowany chłopak, stojąc przed drzwiami.

Poderwał się do siadu, głęboko oddychając. Jezu, co to było? Sen? Wspomnienie? Chłopak poprawił dłonią niesforną grzywkę, która jak na złość wpadała mu do oczu, chwilę po przebudzeniu. Musiał chyba nieco ochłonąć. Opadł z powrotem na miękki materac, spoglądając spokojnie w sufit. To chyba był tylko zwykły sen, chociaż... nic po za tym nie pamiętał. Myśl ta dotarła do niego dopiero po kilku minutach, przy czym ogarnął go strach. Nie kojarzył kompletnie nic. Pokój, w którym akurat się znajdował był całkiem spory. Mieściły się tutaj liczne szafeczki pod ścianą, a nawet parę foteli ustawionych tak, aby siedzący na nich ludzie mogli korzystać z niewielkiego stoliczka. Ściany pomalowane były w kolorze beżowym, który akurat nieco uspokajał chłopaka. Starał się przypomnieć sobie przynajmniej jak się nazywa lub jak się tutaj znalazł, ale w głowie miał tylko przerażającą pustkę. Z początku był zestresowany, ale gdy mijały tak długie minuty, albo i nawet godziny, zaczynał się coraz bardziej bać. Czuł się przytłoczony tym wszystkim i przerażony faktem, że niczego nie pamięta. Po dość długim czasie zdecydował się jednak poszukać czegoś... czegokolwiek. Musiało tu być coś, co miało by coś wspólnego z nim. Niestety, ale tu naprawdę niczego nie było. Większość szuflad i szafek była pozamykana na klucz, podobnie jak drewniane drzwi, których była para. Zapewne jedne prowadziły do jakiegoś korytarza, a drugie... nie miał pojęcia. Siłował się z klamką chwilę, ale ta najwyraźniej nie zamierzała się nad nim zlitować i wypuścić go bez klucza. Rozstrzęśniony oparł się o ścianę i gorączkowo myślał o sobie. Zaczynał się powoli robić głodny, a nic tutaj nie znalazł, oprócz paru szmat w niektórych meblach. Przecież ktoś musiał tutaj wejść. To nie może być realne, żeby tak... żeby wszyscy o nim zapomnieli. A może jednak? Sam nie wiedział, czy miał jakąkolwiek rodzinę. A jeśli wszyscy o nim zapomnieli tak, jak on wszystko? Im dłużej tak rozpaczliwie rozmyślał, tym głupsze myśli przychodziły mu do głowy. A dodatkowe burczenie w brzuchu mu nie pomagało. Zrezygnowany zsunął się na podłogę i usiadł pod ścianą, otulając się ramionami. Czuł się teraz niesamowicie samotny i przygnębiony.

**********

Hubert wiedział już, co ma robić. Cierpliwie czekał, aż ten nowy chłopak się obudzi i trochę posiedzi w samotności. Nie zaszkodzi mu. On sam pierwszy raz miał kogoś "tresować". Doskonale pamiętał jak to było w jego przypadku, ale skoro chciał się dostać do Rosji, to musiał zrobić wszystko co tylko może, aby złamać psychicznie tego dzieciaka. Był gotów nawet zabić, gdyby tylko musiał. Dostał za to nowe, czarne, obcisłe spodnie. Po za nimi miał jedynie obrożę na szyi, którą posiadał każdy tutaj, oprócz Lena, który jeszcze nie dostał swojej. Była to najprawdopodobniej taka symboliczna oznaka zniewolenia, ale i nie jednokrotnie wykorzystywano te obrożę z łańcuchem. Przynajmniej w jego przypadku, nie wiedział, jak to było u innych. Nigdy w życiu nie dostał zadania, które nie opierało się na dogadzaniu innym. Teraz miał nieco podobne, ale musiał go złamać. Pewny siebie poszedł w końcu do tego nowego. Klucz był akurat w drzwiach, od strony korytarza, więc nie musiał nawet iść do Ahmeda. Trochę to dziwne, że wolno mu było wszystko w kwestii tego dzieciaka, ale nie ma co narzekać. Chyba. Przekręcił klucz i wszedł do jednego z licznych pokoi w tym budynku. Krótko mówiąc - szału nie było, ale to przecież nie o pomieszczenie chodziło. Zamknął drzwi za sobą i skupił wzrok na chłopaku siedzącym pod ścianą, obok nich. Z tego co wiedział, to miał już piętnaście lat... a i tak wyglądał młodo. Miał delikatne rysy twarzy, długie, blond włosy, które zakrywały cały jego kark. Całkiem uroczo wyglądał. I do tego miał prześliczne, niebieskie oczy, które patrzyły na niego jakby w szoku. Coś czuł, że on będzie kolejnym ulubieńcem ich właściciela.
- Kim jesteś? - Spytał cicho, nie bardzo wiedząc jak się zachować.
- Twoim tymczasowym nauczycielem. - Odpowiedział sucho, nadal nie spuszczając go z oczu. - Rozbieraj się.
- Co? - Spytał pewny, że się przesłyszał.
Niestety, ale reakcja Huberta była błyskawiczna. Schylił się nad nim i chwycił go mocno za kark, po czym rzucił na środek pokoju. Zaskoczony tym nagłym atakiem chłopak nie zdążył nawet się odsunąć, ani nic. Po prostu tak wylądował na podłodze i... on był bardzo silny. Błyskawicznie obrócił się na plecy, aby móc widzieć tego dziwnego "nauczyciela".
- O co ci chodzi?! - Spanikowany od razu zaczął się odsuwać, gdy tamten zdecydował się zmniejszyć dystans między nimi.
- Mówiłem. Już. - Odpowiedział twardo, przy czym przystanął w miejscu.
- Ale...
- Kurwa!
Tego blondyn nie przewidział. Dostał porządnego kopniaka w brzuch, aż się skulił. Objął się kurczowo rękoma, cichutko szlochając. On był nienormalny!
- Masz dziesięć sekund.
Dobra. Nienormalny + świrnięty. Chociaż... to nie to samo...? Mniejsza. Chłopak po prostu nie był w stanie się nawet podnieść, bo kopnięcie było aż takie silne. Na szczęście ten świr nie miał butów i dzięki temu oberwał z bosej stopy. Westchnął niesłyszalnie, starając się pozbierać, ale Hubert był nieugięty. Usiadł mu na biodrach, zmuszając jednocześnie do położenia się na plecach, i zaczął ściągać mu koszulkę. Spanikowany krzyczał, że tego nie chce, ale to w ogóle nie robiło na nim wrażenia. No i też nikt nie przychodził. Pierdolone szczęście. Wyrywanie się i tak nic nie dawało, bo, czy chciał czy nie, ten psychol był znacznie silniejszy od niego. W zasadzie to nie powinien stawiać oporu, ale jeszcze nie myślał racjonalnie. Teraz dla niego liczyło się jedno. Bezpieczeństwo.
- Stul kurwa pysk! - Wrzasnął, po czym uderzył go pięścią prosto w twarz.
W porównaniu z poprzednim kopnięciem, to to uderzenie było znacznie silniejsze. Na tyle, że chłopak zaczął cicho szlochać, a z jego warg wypłynęło trochę krwi. Przestał się już nawet opierać, gdyż ból i strach wystarczająco go paraliżowały. Nic nie rozumiał z tego co się teraz tutaj działo, ale miał tylko jedną nadzieję - że ktoś tutaj zaraz wejdzie i mu pomoże. Inaczej ten zboczeniec go zabije. Kiedy jednak obaj pozostali bez koszulek, to ten drugi oparł dłonie na jego brzuchu i tak po prostu dalej siedział.
- Skończyłeś? - Spytał wyraźnie znudzony tymi jego szlochami.
- J-Jak zabierzesz ł-łapy, t-to taak. - Jąkał się, płacząc jeszcze przy tym.
- Nie zabiorę. Musisz się przyzwyczajać do tego, że wszyscy mogą cię dotykać. Rozumiesz? - Tym razem wyraźnie można było zauważyć, że od mężczyzny bił spokój, a nie agresja.
- Nie.
- Jesteś nic nie wartą szmatą, Len. Jak na razie mam cię nauczyć posłuszeństwa, bo później będziesz wszystkim chętnie dawał dupy. Ogarniasz?
- Nie...
Tak naprawdę, to coś do niego docierało, ale bardzo powoli. Chociażby fakt, że nazwał go Lenem. Domyślił się już sam dzięki temu, jak miał na imię. Nie rozumiał tylko, dlaczego to było takie... to w ogóle było nieludzkie!
- Co ja ci zrobiłem?
- Mi nic. Jesteś niewolnikiem Pana Ahmeda, a ja mam tylko pomóc w tresurze. Wszystko już jasne?
- Mhm... tylko nie bij... - Załkał jeszcze na wspomnienie tamtych uderzeń. - I nie rób mi tego... błagam...
Hubert nachylił się nad nim nisko, aby mógł mu wyszeptać prosto do ucha tylko jedno słowo: "muszę". Dał mu tym samym do zrozumienia, że co by się teraz nie stało, to i tak zostanie zgwałcony. Jedyne co mógł zrobić, aby sobie pomóc, to... nie stawiać oporu. Bardzo go to bolało, ale czuł się tak źle, że nie umiał się już nawet opierać. Starszy chłopak wykorzystał to i obrucił go na brzuch, podciągając sobie jego tyłek do góry. Pomimo tego, że miał na nim spodnie i (najprawdopodobniej) bokserki, to bardzo seksownie wyglądał. Dlatego też z ochotą zsunął z blondyna reszte jego garderoby, a jego oczom ukazały się dwie blade półkule. Właściwie to ten chłopak był teraz taki blady, albo zawsze miał taki odcień skóry. Nie wnikał. Chwycił w obie dłonie jędrne półkule i, bez żadnego zachamowania, wsunął między nie język. Dodatkowo ułatwiał to brak owłosienia w tej okolicy u chłopaka, co dowodziło tylko jego młodego wieku. A skoro mowa o nim, to akurat zrobił się cały czerwony na twarzy. Nigdy nikt go nie dotykał, a co dopiero takie coś! Było mu nawet wstyd, ale się przez to podniecił. Starszy zagłębiał w nim język i od czasu do czasu zataczał kółeczka wewnątrz niego. Niesamowite uczucie. Hubert zostawił jego pośladki, aby móc samemu zdjąć spodnie, nie przerywając lizania. W końcu skończył i nim Len jakkolwiek zareagował, to tamten otarł się o jego tyłek swoim twardym jak skała penisem. Początkowo nastolatka przeszła gęsia skórka, ale kiedy tylko tamten w niego wszedł, to nie było już tak kolorowo. Podobno po tym olbrzymim bólu przychodziła rozkosz, ale w tym wypadku nic takiego nie miało miejsca. Ból rósł z każdym pchnięciem, aż w końcu nie wytrzymał. Starał się wyrwać, ale jego kochanek mu na to nie pozwolił. Mocnym chwytem za kark zmusił go do nieruchomego leżenia. Jego wrzaski z czasen cichły, gdy tracił już siły. Przed oczami miał jakieś czarne plamki, potem kolejne pchnięcia i... i wszystko zrobiło się czarne. Padł nieprzytomny.

----------

Mam nadzieję, że wam się podobało :D Z kolejnym rozdziałem nic nie zapowiadam, bo mam prywatnie parę spraw i nie wiem ile mi to zajmie :c Konkretnie 16 mam ważny konkurs powiatowy, muszę poprawić kilka stopni, jak to zwykle przed wystawianiem ocen xD No, ale do dwóch tygodni postaram się napisać kolejny rozdział.
+ Ciekawostka: na gg prolog oceniło trzynaście osób, z czego każda z nich mogła przyznać od jednego do dziesięciu punktów. Zgadniecie wynik? :3 Dokładnie to sto szesnaście na sto sześćdziesiąt możliwych. I to mnie tak zmotywowało ♥

niedziela, 31 maja 2015

Prolog

Siemka :D Mój pierwszy post na blogu, więc nie krytykujcie mnie za ostro, plisss ;-; Kupie wam frytki za wyrozumiałość xD No dobra, zapraszam do czytania :×

----------

Ahmed docisnął głowę nastolatka do swojego krocza, gdy nadszedł finał. Fale gorąca rozkosznie rozeszły się po jego ciele, z gardła wydobył mu się niekontrolowany, przeciągły jęk. Pozwalając ponieść się chwili rozkoszy wytrysnął potężnym strumieniem spermy, który bardzo szybko i ochoczo wypił gorącą substancję. Chwilę jeszcze dogadzał mu językiem, jakby chciał mieć pewność, że na męskości starszego nie pozostanie ani kropla nasienia. Dopiero po dłuższej chwili zadowolony facet puścił w spokoju głowę Huberta, który od razu po tym zsunął się na podłogę, tuż obok łóżka. Niemal błyskawicznie zabolał go ostro wykorzystany przed chwilką tyłek i pośladki, dla których - niestety - kochanek nie miał litości. Obolały przyklęknął odwrócony twarzą do towarzysza i starł pięścią strużkę własnej śliny z policzka. Sam miał bardzo twardo między nogami i czuł olbrzymią potrzebe zaspokojenia się, lecz bez zgody Ahmeda nawet nie otarł się o odstającą z łóżka pościel. Doskonale znał swoje miejsce, co bardzo cieszyło jego właściciela, który zadowolony opadł na materac.
- Byłeś świetny, Hubercie.
- Dziękuję, Panie.
Nastała niezręczna cisza, podczas której uległy dziewiętnastolatek niemal błagalnym wzrokiem obserwował swojego właściciela, który leżąc na boku, odwrócony w jego stronę, z uśmiechem na ustach utrzymywał z nim kontakt wzrokowy. Doskonale wiedział, czego od niego chciał ten chłopak. Był on chyba najlepiej wytresowanym pieskiem w tym miejscu. Nie sprawiał problemów, podporządkowywał się i wypełniał wszystkie polecenia bez zbędnych dyskusji. Taki chłopak to skarb, ale wszystkich da się tak wytresować. Kwestia czasu.
- Panie... - Zaczął niepewnie, lecz tamten uniósł jedynie brew pytająco, nie racząc się odezwać. - Czy mógłby Pan mnie polecić Panu Coxowi...? Bardzo proszę...
- A jaki ja mam w tym interes, co? - Odpowiedział pytaniem, z dosyć wrednym uśmiechem, na który Hubert zareagował spuszczeniem głowy.
- Będę się przykładał jeszcze bardziej. Proszę, Panie. - Ton jego głosu był już niemal płaczliwy. W ten stosunek przed chwilą bardzo mocno się zaangażował, wszystko go bolało, a penisa miał tak twardego, że chyba mu zaraz odpadnie. No i podłoga była zimna.
- Szkoda byłoby mi stracić takiego pieska jak ty... - Wzdechnął, ale postanowił go jednak nie dołować. - Załatwie ci ten wyjazd, ale pod jednym warunkiem.
- Tak? - Spojrzał na niego błyskawicznie, jakby ożywiony.
- Jutro mamy mieć nowego pieska. Masz go złamać, rozumiesz? Ma być posłuszną dziwką, która będzie rozsuwała nogi przed każdym i bez oporu. Dotarło?
- Oczywiście, mój Panie...
- No, to na co czekasz? - Spytał z uśmiechem, wskazując wzrokiem na swoje stopy. - Całuj.

----------

Nie wiem, czy nie za krótkie wyszło, ale, jak już mówiłem, dopiero zaczynam tutaj zabawe. Nie gniewajcie się xD A po za tym, to dopiero prolog... :3